Forum Wojenne tajemnice - WARSZAWA i OKOLICE Strona Główna Wojenne tajemnice - WARSZAWA i OKOLICE
Stroroom WERTTREW'a
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Bój pod Ożarowem.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Wojenne tajemnice - WARSZAWA i OKOLICE Strona Główna -> Zasłyszane opowieści i "legendy"
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Rybka
Zasłużony dla SW



Dołączył: 28 Cze 2006
Posty: 760
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 10 razy
Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Józefów k/Błonia

PostWysłany: Pią 13:54, 24 Sie 2007    Temat postu: Bój pod Ożarowem.

Nie wiedziałam gdzie to wrzucić Confused


Bój pod Ożarowem

Około godziny 15 byliśmy w Błoniu. Niemcy zrzucili na miasteczko kilka bomb, były więc znów zniszczenia, znów przerażone tłumy ludzkie. Nie zwlekając ruszyliśmy dalej na Ołtarzew marszem ubezpieczonym, mając na przedzie szpicę i straże boczne, gdyż niemieckie myśliwce ciągle krążyły nad nami. W każdej chwili spodziewaliśmy się niebezpiecznego starcia.

Wchodziliśmy właśnie na wąski most na Utracie, most o niezwykłej konstrukcji z wysokimi przęsłami, gdy od strony Warszawy rozległy się strzały - najpierw pojedyncze, potem coraz liczniejsze. Nadciągał zmrok. Porucznik zatrzymał kolumnę i czekał na patrol ubezpieczający nas z przodu. Strzelanina nie ustawała. Wreszcie pojawił się żołnierz straży przedniej. Zameldował, że od strony Warszawy natknęli się na silne formacje niemieckie: Porucznik wysłał dodatkowe patrole we wszystkich kierunkach. Zaraz potem wybuchła strzelanina również na północy - od strony Puszczy Kampinoskiej, a w chwilę później na południu - od strony Pruszkowa. Uciekinierzy, którzy towarzyszyli nam stale, mówili, że także w Błoniu, które opuściliśmy przed paroma godzinami, widzieli już czołgi niemieckie. Nie ulegało wątpliwości, że byliśmy okrążeni. Po naradzie z kadrą porucznik zadecydował: - Nie mam innego wyjścia, musimy przebijać się na Warszawę! Tymczasem zrobiło się już ciemno. Nasza kilkukilometrowa kolumna ciągle stała w miejscu, a konie spłoszone nasilającą się strzelaniną coraz trudniej było utrzymać w dyszlach. Na rozkaz porucznika ściągnięto na czoło karabiny maszynowe i działka przeciwpancerne. Jedno było pocieszające - amunicji mieliśmy w bród.

I tak zaczęła się ta najstraszliwsza noc w moim życiu, noc z 9 na 10 września 1939 roku. Od wspomnianego mostu na Utracie poprzez Ołtarzew aż do Ożarowa, gnani szaleńczą odwagą porucznika Pokrywki, posuwaliśmy się w nieustającym natarciu w stronę stolicy. Nie widzieliśmy w ogóle Niemców, ale niemal ze wszystkich stron dosięgał nas ich ogień ze wszystkich rodzajów broni. Zapewne Niemcy wiedzieli, że prowadzimy tabory konne, używali bowiem pocisków świetlnych, co jeszcze bardziej płoszyło konie. Zwierzęta szalały, stawały dęba, wywracały wozy, ginęły razem z ludźmi. Sytuację pogarszały jeszcze tłumy ludności cywilnej, które raz po raz wpadały w panikę, udzielającą się także żołnierzom. W tym piekielnym ogniu widziałem ludzi, którzy obłąkani z przerażenia próbowali kryć się w betonowych drenach, jakie umieszcza się w rowach przydrożnych pod przejazdami do obejść gospodarskich. Zapewne mógłby się tam schronić z trudem jeden człowiek. Tymczasem przepychając się i kalecząc, wciskało się tam na siłę po dwóch, trzech ludzi, którzy tracili życie dusząc się i katując wzajemnie.

Porucznik Pokrywka z pistoletem w ręku był wszędzie. Załamanych przywoływał do porządku, buntującym się groził pistoletem. Nieustannie prowadził natarcie. I tak posuwaliśmy się tą koszmarną szosą, a wkoło nas piętrzyły się coraz większe stosy poległych. Nie tylko rowy były nimi szczelnie wypełnione, ale już ponad szosę układały się zwały ludzkich ciał. W tej masie byli także ranni, wołający rozpaczliwie o ratunek. Bez przerwy słyszało się wołania: - Sanitariusz! Sanitariusz! Ale sanitariusze też już dawno polegli i nie miał już kto opatrywać rannych. Umówiliśmy się z bratem, że będziemy się wzywać po imieniu i gdy któryś nie odpowie, będzie to znak, że nie żyje. Była to nasza siódma z kolei nie przespana noc. Zdarzało się, że w natarciu padłszy na ziemię po skoku, zasypialiśmy choć na sekundę, mimo ogłuszającego huku. Nasze karabiny maszynowe były nieustannie "w ogniu". Gdy ktoś z obsługi ginął, natychmiast jego miejsce zajmował inny żołnierz - i karabin terkotał dalej.

Gdy niebo zaczęło szarzeć, zorientowaliśmy się, że mamy za sobą już wiele kilometrów i zapewne jesteśmy blisko Warszawy. Niestety niemiecki pierścień zacisnął się wokół nas do ostatecznych granic. Widzieliśmy teraz wyraźnie stanowiska niemieckich karabinów maszynowych na dachach ocalałych jeszcze chałup, ciągnących się wzdłuż szosy. Gdy kryjąc się padliśmy pod drucianym parkanem, słyszeliśmy przeraźliwą muzykę pocisków bijących po drutach jakby gigantyczna orkiestra grała na stu mandolinach. Równo ze świtem nadleciały stukasy i nurkując nad nami - fala za falą zasypały nas ogniem maszynowym. Słońce oświetlało już blado straszliwy obraz pobojowiska, gdy trafiony odłamkiem szrapnela z moździerza padł nasz bohaterski dowódca, porucznik Pokrywka. Był to największy cios, jaki mógł nas spotkać. Poczuliśmy się nagle osieroceni: Wiedzieliśmy, że to już koniec.

Jeden z podchorążych (na imię miał Jacek, nazwiska nie pamiętam) samozwańczo objął dowództwo. Pozostało nas przy życiu chyba nie więcej niż pięćdziesięciu żołnierzy. Po krótkiej naradzie podchorąży wydał rozkaz, abyśmy pojedynczo przeskakiwali na lewą stronę szosy, gdzie stała jedyna jeszcze nie spalona chałupa. Tam postanowiliśmy bronić się do ostatka. Jeszcze tylko trzy nasze karabiny maszynowe raziły ogniem, ale i niemiecki ogień wyraźnie osłabł. Widocznie Niemcy uważali nas już za pokonanych. Przeskakiwanie szosy jeszcze kilku naszych żołnierzy przypłaciło życiem. Wreszcie znaleźliśmy się wszyscy w opuszczonej chałupie.

Wszystkie zabudowania wokół naszej chaty były spalone, po dymiących zgliszczach biegało kilka osmolonych prosiaków, kwicząc w niebogłosy. Ogień prawie ucichł. Zaryglowaliśmy drzwi. Zaczęliśmy szukać czegoś do picia. Jacek wyciągnął z chlebaka butelkę wódki. Poczuliśmy się gotowi na wszystko. W kuchennej szafce znaleźliśmy jeszcze kilka butelek soków owocowych. Były bardzo słodkie, ale wypiliśmy je do dna, co jeszcze bardziej zwiększyło nasze pragnienie. Jacek rozstawił nas przy wszystkich oknach. W sieni umieścił otwartą ostatnią skrzynkę amunicji i kazał strzelać. Mnie i bratu wypadły stanowiska na strychu przy mansardowych okienkach, wychodzących na ogród. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Niemców. Nacierali ze wszystkich stron na chałupę. Widziałem hełmy żołnierzy przykucniętych za krzakami porzeczek. Po raz pierwszy mierzyliśmy z karabinów do widocznych celów - do ludzi. Zdarzało się, że hełm znikał, a ogień na chwilę ustawał. Nie wiem, jak długo to trwało, ale w pewnej chwili nie miałem już siły dłużej strzelać. Całe prawe ramię piekielnie mnie bolało i było pokryte jednym wielkim granatowym sińcem. Przy świetle dnia wyjąłem z kieszeni małe lusterko i przyjrzałem się sobie. To nie była moja twarz, to była twarz upiora.

Była godzina 6 rano (mój zegarek ciągle chodził), gdy Jacek postanowił poddać naszą chałupę. Nie mieliśmy już amunicji, a na podłodze jęczało w potwornych bólach czterech ciężko rannych naszych kolegów, błagających o pomoc lekarską. Jacek wyciągnął z łóżka prześcieradło, rozdarł je na pół i zawiesił na dwóch bagnetach. Wywiesiliśmy te dwie białe flagi kapitulacyjne z dwóch stron chałupy przez okienka na strychu. Nastała straszliwa, dudniąca w uszach cisza. Po tylu dniach piekielnego hałasu ta cisza była nie do zniesienia. Siedzieliśmy w milczeniu i czekaliśmy na śmierć, powszechna była bowiem opinia, że Niemcy nie oszczędzają jeńców. Upłynął dobry kwadrans, gdy nagle z wszystkich stron rozległa się głośna natrętna niemiecka mowa. Dominowały dwa słowa, które dobrze rozumieliśmy: "Raus!" i "Hande hoch!" Jacek wyszedł pierwszy, za nim my wszyscy po kolei z podniesionymi rękami. Po raz pierwszy w tej wojnie stanęliśmy oko w oko z żołnierzami niemieckimi. Byli młodzi, dobrze odżywieni, wspaniale wyekwipowani. Po raz pierwszy też przeczytałem z bliska ten bluźnierczy napis na klamrach pasów: "Gott mit uns" (Bóg z nami).

Wypędzono nas na szosę. W pełnym blasku pogodnego dnia ujrzeliśmy wstrząsający widok. Niezliczone stosy trupów - żołnierze i cywile, makabryczne twarze z otwartymi oczami i ustami. Poprzewracane furmanki, między nimi zabite konie. Ścisnęło mi się serce. Nie dowieźliśmy tego sprzętu do Warszawy. Po rozbrojeniu Niemcy pędzili nas nahajkami w stronę bocznej drogi, wzdłuż której zobaczyliśmy naszych butnych zwycięzców, rozpartych w samochodach pancernych i motocyklach z przyczepami. Niemcy przyglądali nam się drwiąco jedząc czekoladę. Niektórzy ironicznie wołali: "Marsch nach Berlin, nicht wahr?" (Marsz na Berlin prawda?). Było nas dokładnie 39 żołnierzy ocalałych z tej zażartej bitwy i teraz wędrujących pod eskortą. Dopiero po wojnie dowiedziałem się, że walczył także z nami i zginął w Ożarowie niezłomny komunista, Marian Buczek, który 16 lat spędził w polskich więzieniach i bohaterską śmiercią potwierdził swą gorącą miłość do ojczyzny.

Przy drodze zauważyłem mały drogowskaz: Pruszków 4 km. Nasza eskorta wsiadła na motocykle i popędziła nas biegiem owe cztery kilometry. W pewnej chwili zabrakło mi już siły, nie mogłem biec dalej. Wlokłem się ostatni na końcu, a na moje plecy spadały gazy nahajki. Ręce, które cały czas musieliśmy trzymać na karku, mdlały. Mój wysportowany brat Henryk radził sobie lepiej i podciągał mnie jak mógł. Byłem już prawie pewny, że nie wytrzymam tego maratonu i padnę bez życia. Na dodatek cały czas biegliśmy wzdłuż długiej kolumny Niemców, rozpartych w samochodach i drwiących z nas. Na końcu tej kolumny zobaczyłem jednak coś, co dodało mi sił. Kilkadziesiąt karetek sanitarnych stało wielkim półkolem a w środku ogromny namiot opatrzony znakiem czerwonego krzyża. Wokół namiotu niezliczona ilość noszy, a na każdych człowiek. Między noszami kręcili się sanitariusze i ustawiali je w kolejce. A więc nie na próżno strzelaliśmy...

W Pruszkowie zapędzono nas na wielki plac, otoczony drutem i przylegający do rampy kolejowej. Zostaliśmy włączeni do olbrzymiej rzeszy jeńców. Byli tu żołnierze w mundurach wszystkich rodzajów broni, a także policjanci, strażnicy więzienni, a nawet pocztowcy. Jeńcy czekali na transport do Rzeszy, biwakując na gołej ziemi, wydeptanej jak klepisko. Wystające z ziemi kikuty drzew świadczyły o tym, że był tu jeszcze niedawno sad owocowy. Nie będę jednak opisywał trzydniowego pobytu na tym klepisku w tłumie jeńców. Był to jeszcze okres chaosu, toteż jeńcy masowo uciekali z takich obozów, korzystając z pomocy miejscowej ludności. Tak też stało się z nami. Kilkunastu młodych podchorążych - a wśród nich i my – uciekło czwartego dnia przez druty.

Po ucieczce padliśmy z bratem w jakiejś opuszczonej stodole pełnej zboża i spaliśmy kamiennym snem około 10 godzin. Obudził nas straszliwy huk gdzieś bardzo blisko. Na głowy spadło poszycie dachu. Wyjrzeliśmy przez szparę w deskach. Obok nas znajdowało się stanowisko najcięższej artylerii niemieckiej. Działo było skierowane w stronę Warszawy. Ogarnął nas strach, mieliśmy bowiem jeszcze na sobie polskie mundury. Wśród ogłuszającego huku przesiedzieliśmy w stodole do wieczora. W nocy opuściliśmy ją z duszą na ramieniu. Nie znając okolicy, kierując się raczej "nosem", zaczęliśmy posuwać się polami na zachód.

Rano - a był to już 15 września - znaleźliśmy się znów "w Polsce". Po prostu trafiliśmy do Milanówka, który nie był jeszcze zajęty przez Niemców, choć byli oni już wszędzie wkoło. Tu słuchało się jeszcze komunikatów radiowych ze stolicy i dramatycznych apeli prezydenta Starzyńskiego. Tu urzędował Obywatelski Komitet Pomocy Żołnierzom, który natychmiast troskliwie zajął się nami. Przydzielono nam kwaterę u prawdziwego "anioła", pani inżynierowej Krubskiej, której mąż i syn bronili Warszawy. Po tylu nie przespanych nocach spaliśmy wreszcie w prawdziwych łóżkach, w czystej białej pościeli. A rano podjęliśmy - już w cywilnych ubraniach jeszcze jedną próbę przedostania się do stolicy, jedyną dostępną drogą od strony Pragi. Dotarliśmy aż do Jeziornej i usiłowaliśmy przeprawić się na drugi brzeg Wisły, przy czym o mało nie postradaliśmy życia. Łódź była dziurawa, a w dodatku poczęstowano nas ogniem z drugiego brzegu, gdzieś od Świdra. Z ciężkim sercem zrezygnowaliśmy z dalszych prób. Tak więc w kampanii wrześniowej tylko przez sześć dni walczyliśmy w polskich mundurach.

Na drugi dzień zatrzymał nas patrol niemiecki pytając, co tu robimy. Wyjaśniliśmy, że jesteśmy uciekinierami z ziem zachodnich i chcemy wrócić do domu. Otrzymaliśmy wówczas "Passierschein" (przepustkę), w której napisano, że jako "Fluchtligen" (uciekinierzy) wracamy "nach Kalisch" (do Kalisza). Ten papierek wiele razy był nam pomocny w naszej długiej i pełnej przygód powrotnej drodze do rodzinnego miasta. Nosiłem go zawsze w kieszeni, a gdy zatrzymywali nas żołnierze, udawałem że nie rozumiem po niemiecku i pokazywałem przepustkę. Machali ręką i puszczali nas wolno. I tak częściowo pieszo, częściowo pociągami dotarliśmy do Sieradza. Tutaj wsiedliśmy do ostatniego pociągu i upłynęło jeszcze 10 godzin, nim w nocy 23 września znaleźliśmy się w Kaliszu.

Na dworcu urzędowali jeszcze polscy kolejarze, ale wysiadających legitymowali już niemieccy policjanci. Znów pokazałem zbawczy papierek. Nie zważając na policyjną godzinę, bocznymi ulicami dotarliśmy do domu. Zapukaliśmy do okna, mieszkaliśmy przecież na parterze. 1 za chwilę w mroku dojrzeliśmy twarz ojca, a właściwie domyśliliśmy się, że to może być tylko on. Wewnątrz dał się słyszeć ten radosny rwetes i hałas potrącanych sprzętów. Za moment już byliśmy w rodzicielskich ramionach. Rodzice przyznali, że mieli słabą nadzieję nas jeszcze ujrzeć, bowiem wracający z ucieczki sąsiedzi opowiadali, że widzieli po nalocie nasze zwłoki przy szosie pod Kołem. Radość więc była ogromna. Przez trzy dni nie opuszczaliśmy domu, śpiąc i jedząc na przemian. Mama wyciągała jakieś zakonspirowane zapasy i karmiła nimi nas, bo aprowizacja w mieście była fatalna. Właściwie na rynku był tylko chleb, potem zaczęły pojawiać się pojedynczo jakieś niemieckie erzatze, zaczął też funkcjonować czarny rynek. Ojcu polecono początkowo otworzyć sklep, ale - jak się wkrótce okazało - nie na długo. Po kilku tygodniach objął go w posiadanie niemiecki "Treuhander" (powiernik).


źródło: [link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
WERTTREW
Ojciec Założyciel



Dołączył: 06 Lut 2006
Posty: 11234
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 302 razy
Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Warszawa, PL

PostWysłany: Pią 14:00, 24 Sie 2007    Temat postu:

Ciekawe wspomnienia, dzięki Rybko za wygrzebanie ich dla nas! Smile

Post został pochwalony 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Rybka
Zasłużony dla SW



Dołączył: 28 Cze 2006
Posty: 760
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 10 razy
Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Józefów k/Błonia

PostWysłany: Pią 14:14, 24 Sie 2007    Temat postu:

Nie mogłam się nie podzielić Very Happy
Dziękuję za umieszczenie na odpowiedzniej półce Wink


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
WERTTREW
Ojciec Założyciel



Dołączył: 06 Lut 2006
Posty: 11234
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 302 razy
Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Warszawa, PL

PostWysłany: Pią 14:40, 24 Sie 2007    Temat postu:

Półka nie do końca ta, ale nie ma sensu się rozdrabniać - myślę, że tu bedzie dobrze temu tematowi mimo wszystko!
Smile


Post został pochwalony 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Rybka
Zasłużony dla SW



Dołączył: 28 Cze 2006
Posty: 760
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 10 razy
Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Józefów k/Błonia

PostWysłany: Pią 14:48, 24 Sie 2007    Temat postu:

Jest OK!

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Borek
Zasłużony dla SW



Dołączył: 25 Lut 2007
Posty: 2623
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 29 razy
Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Marki k/Żoliborza ;)
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 15:11, 24 Sie 2007    Temat postu:

Robi wrażenie, choć mój wredny umysł jak zwykle zaczął od szukania dziur w całym. Jeżeli kolumna miała kilka kilometrów, to musiało to być kilkuset ludzi, czyli minimum batalion - batalionami nie dowodzą oficerowie młodsi (żeby nie powiedzieć - najmłodsi). Oczywiście to były warunki bojowe, kąty proste po 100 stopni, ale i tak mi ten podporucznik nie pasuje.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Rybka
Zasłużony dla SW



Dołączył: 28 Cze 2006
Posty: 760
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 10 razy
Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Józefów k/Błonia

PostWysłany: Pią 22:43, 24 Sie 2007    Temat postu:

Zupełnie się na tym nie znam Confused

A na to wpadłam przed chwilą: [link widoczny dla zalogowanych]

Ciekawe czy dużo tego znajdą.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
koziol
Senior



Dołączył: 25 Lip 2007
Posty: 143
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: z Woli

PostWysłany: Pią 23:35, 24 Sie 2007    Temat postu:

Parę lat później to Niemcy dostali łupnia pod Ożarowem potopiwszy parę Hetzer'ów w Utracie. Jednego z nich, właśnie wyciągniętego z Utraty, można teraz oglądać w Muzeum Wojska Polskiego przy Poniatoszczaku.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Hiup
Zasłużony dla SW



Dołączył: 16 Mar 2006
Posty: 704
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 7 razy
Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Kiełpin

PostWysłany: Śro 18:14, 21 Maj 2008    Temat postu:

A ja codziennie jadąc do roboty podziwiam samotny grób nieznanego żołnierza WP z 1939 pod białą brzozą na Broniszach przy szosie poznańskiej... Wygląda na to że ma to jakiś związek.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mco1




Dołączył: 02 Sty 2013
Posty: 1
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Wroclaw
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 13:54, 17 Sty 2013    Temat postu: Skad jest ten opis?

Witam,
Od jakiegos czasu poszukuje informacji o bitwie pod Ożarowem, a konkretnie o mozliwym miejscu smierci i pochowku Staniława Klimka, polskiego antropologa ze szkoły lwowskiej. Zaciekawila mnie zamieszczona przez Pania relacja i zastanawiam sie, skad ona pochodzi. Czy moze mnie pani nakierowac na jej zrodlo? Dziekuje!
Marek


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
WERTTREW
Ojciec Założyciel



Dołączył: 06 Lut 2006
Posty: 11234
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 302 razy
Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Warszawa, PL

PostWysłany: Czw 14:25, 17 Sty 2013    Temat postu:

Rybka podała chyba źródło pod tekstem, jeżeli dobrze widzę? Smile

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Wojenne tajemnice - WARSZAWA i OKOLICE Strona Główna -> Zasłyszane opowieści i "legendy" Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin