Forum Wojenne tajemnice - WARSZAWA i OKOLICE Strona Główna Wojenne tajemnice - WARSZAWA i OKOLICE
Stroroom WERTTREW'a
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Trzy wojny Anny Wolf (ciekawa autobiografia)

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Wojenne tajemnice - WARSZAWA i OKOLICE Strona Główna -> Artykuły warte (lub nie) przeczytania.
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
nutek
Moderator



Dołączył: 07 Paź 2007
Posty: 2271
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 29 razy
Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Lemmingrad ;-)
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 23:02, 30 Kwi 2009    Temat postu: Trzy wojny Anny Wolf (ciekawa autobiografia)

Może było, bo artykuł pochodzi z Wyborczej, z grudnia 2007. Jak dla mnie, bardzo ciekawy, nie mogłem się oderwać od czytania. Może kogoś też zainteresuje. Autobiograficzna opowieść p. Anny Wolf, pracownicy Polskiego Radia.

Trzy wojny Anny Wolf

Wielka historia wtrącała się w moje życie, poczynając od narodzin. Pojawiłam się bowiem na tym świecie 26 lipca 1914 roku, w dniu zerwania przez Austrię stosunków dyplomatycznych z Serbią, co rozpoczęło pierwszą wojnę światową. A potem były jeszcze dwie.

Kiedy się urodziłam, wraz z matką mieszkałyśmy w nowo zbudowanym przez moją babcię Marię Moszczeńską domu w Gołkowie koło Piaseczna w powiecie grójeckim. Budynek był piętrowy, kryty czerwoną dachówką, widoczny z daleka. W 1915 roku Niemcy, zbliżając się do Warszawy, ostrzeliwali ten dom z pobliskich Łbisk, sądząc, że to stacja kolejowa.

Szczęśliwie uszłyśmy z życiem.

W tym samym czasie ojciec mój był już zmobilizowany do armii rosyjskiej. Z powodu ran w sierpniu 1915 roku trafił do szpitala na Ujazdowie. Stąd wykradła go moja matka i uchroniła przed ewakuacją w głąb Rosji, gdyż przed atakiem Niemców na Warszawę Rosjanie wywozili rannych na Wschód.

Kolejna krzywda wyrządzona nam przez wojnę to utrata rodzinnego majątku wskutek krachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego.

Doskonale pamiętam narodziny mego brata w sierpniu 1918 roku oraz śmierć ojca, który zmarł w listopadzie tegoż roku na panującą wówczas grypę zwaną hiszpanką. Jechał pociągiem do Sieradza, aby objąć posadę nadleśniczego. W pociągu dostał bardzo wysokiej gorączki, został wyniesiony i umieszczony w miejscowym szpitalu, gdzie zmarł 22 listopada 1918 roku. Mama została sama z czteroletnią córką i trzymiesięcznym synem. Dwa lata później wybuchła druga wojna bolszewicka...

Moja druga wojna

Zdawałoby się, że tym razem historia zostawi mnie w spokoju. Walki z bolszewikami toczyły się na wschód od Wisły - ja mieszkałam po stronie zachodniej, w zacisznym Gołkowie. I wtedy moja matka wraz z młodszą siostrą zaciągnęła się jako ochotniczka do Legii Kobiecej, zostawiając mnie, niespełna sześciolatkę, pod opieką dość surowej babci. Należy tu zwrócić uwagę na to, jak wielu ludzi objęła wówczas dobrowolna powszechna mobilizacja w obronie Warszawy. Wobec mej dziecięcej rozpaczy pewnego dnia zawieziono mnie do Warszawy w odwiedziny do mamy. Pamiętam, jak na skrzydłach biegłam ulicą Agrykola do koszar, gdzie stacjonowała ta formacja, i zobaczyłam mamę w mundurze wojskowym. Wydała mi się zupełnie obca. Ogarnął mnie paniczny lęk, że stracę ją na zawsze. Na szczęście tak się nie stało. Wróciła do nas zaraz po zakończeniu wojny.

Zaczynam żyć pełnią życia

W 1926 roku matka moja wyszła ponownie za mąż. Przeprowadziliśmy się wówczas do majątku pod Wyszkowem. Zaczęłam wreszcie chodzić do gimnazjum.

Po maturze w 1933 roku zostałam studentką prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Szybko jednak musiałam zrezygnować z nauki z powodu katastrofy finansowej rodziców. Starałam się zarabiać na swoje utrzymanie i pomagać rodzinie. Wreszcie los się do mnie uśmiechnął; zostałam zaangażowana do pracy w Polskim Radiu w Warszawie. Ulica Zielna 25 - to adres, który zachowałam w pamięci na całe życie. Spotkałam tam postaci, które znałam dotąd z książek i audycji radiowych. Oto poczet radiowców z tamtych lat: Jan Parandowski, Witold Hulewicz, Zygmunt Kisielewski, prof. Henryk Mościcki, Czesław Miłosz, Tadeusz Byrski, Antoni Bohdziewicz i wiele innych. Wśród nich Wanda Tatarkiewicz-Małkowska (twórczyni wraz z Benedyktem Hertzem audycji dla dzieci), z którą współpracowałam przed wojną i po niej. Doprawdy czułam się w tym gronie jak Kopciuszek na królewskim dworze. Zaczęłam wtedy żyć tak zwaną pełnią życia. Miałam nadzwyczaj ciekawą i urozmaiconą pracę, studiowałam historię na UW, otaczali mnie wyjątkowo interesujący ludzie ze środowiska radiowego.

26 lipca 1939 wyszłam za mąż za Jerzego Polkowskiego -oficera rezerwy 6. Pułku Lotniczego we Lwowie. Wspólnym małżeńskim życiem cieszyliśmy się niewiele ponad miesiąc...

Moja trzecia wojna

Ostatni raz widziałam męża 30 sierpnia 1939 roku na peronie Dworca Gdańskiego w Warszawie. Stąd odjeżdżał pociągiem do Lwowa. Nigdy nie dowiedziałam się, czy dojechał do celu. Wiem, że przez Rumunię dotarł do Francji oraz że jako dowódca angielskiego bombowca zginął 12 maja 1942 nad kanałem La Manche.

Z Francji dotarły do mnie przez Rumunię dwa listy. W pierwszym, bez daty, prosił, aby przekazać rodzicom kolegi Jerzego Bettchera, że syn żyje. Pamiętam, jak brnęłam na Grochów przez zamarzniętą Wisłę - był to zapewne koniec grudnia 1939 lub początek stycznia 1940. W drugim, datowanym 14 lutego 1940, Jerzy potwierdzał otrzymanie listu ode mnie.

W czasie oblężenia i bombardowania Warszawy codziennie chodziłam pieszo z mieszkania na Powiślu do Radia na Zielną. 2 lub 3 września 1939 zostałam skierowana do redakcji pod nazwą "Skrzynka poszukiwania rodzin". Przyjmowałam i redagowałam zgłoszenia od ludności cywilnej. Później dowiedziałam się od kierującego redakcją dr. Bolesława Lewickiego, że audycja ta służyła również do przekazywania szyfrogramów wojskowych.

6 września 1939 "Skrzynka" przestała funkcjonować. Radiostację w Raszynie wysadziło polskie wojsko. Zastępca dyrektora Polskiego Radia Halina Sosnowska z ekipą techniczną i grupą pracowników programowych wyjechała do Baranowicz, aby przygotowywać do pracy awaryjną radiostację. Ja propozycji wyjazdu nie przyjęłam.

Radiem kierował wówczas dyrektor działu muzycznego Edmund Rudnicki - wytworny pan z monoklem w oku, świetnie władający niemieckim. Najważniejszym wydarzeniem radiowym tamtych dni były przemówienia komisarza cywilnego przy Dowództwie Obrony Warszawy -prezydenta miasta Stefana Starzyńskiego. Przychodził codziennie do rozgłośni. Bardzo zmęczony, często nieogolony, w wyszarzałym mundurze. Jednak jego przemówienia zachrypniętym głosem dodawały Warszawie sił i nadziei.

W rozgłośni prezydent witany był przez pracowników już w progu gmachu, pojony gorącą herbatą, a następnie z największą atencją prowadzony do studia. Wszystkie przemówienia prezydenta zostały nagrane na płytach przez inż. Jana Pileckiego. Trwało to do dnia kapitulacji Warszawy 28 września 1939 i zajęcia przez Niemców ulicy Zielnej. Dyrektor Rudnicki, łudząc się, że Radio wkrótce wznowi program, zabronił pracownikom wynoszenia jakiegokolwiek sprzętu, starał się mimo wszystko przekazać Niemcom rozgłośnię w sposób cywilizowany. Mnie polecił zorganizowanie sprzątnięcia całego gmachu. W związku z tym, że nie było już ani jednej sprzątaczki, razem z koleżanką Ludwiką Ciechomską (notabene prawnuczką siostry Chopina) same chwyciłyśmy szczotki i ścierki. I to była moja ostatnia praca na Zielnej 25.

Na ulicy Zagórnej 14 mieszkał u mnie ulubieniec mojej ciotki dr Bolesław Lewicki. Zjawiali się tam przyjaciele i znajomi, którzy nie mieli dachu nad głową. Przez kilka dni nocowali ukrywający się Witold i Stefania Hulewiczowie. Nieukrywaną dumą napawał mnie fakt, że inż. Pilecki powierzył mi na pewien czas przechowanie płyt z nagraniami prezydenta Starzyńskiego. Ze zrozumiałych względów były przenoszone z miejsca na miejsce.

Również w moim mieszkaniu spotkali się trzej koledzy radiowcy planujący ucieczkę z kraju: dr Lewicki, inż. Jan Pilecki oraz towarzysz moich szkolnych lat, oficer rezerwy Jan Librowicz. Stąd wyprawiłam ich w bardzo ryzykowną podróż. Postanowili przedostać się przez zieloną granicę na Węgry, jednak zostali złapani i osadzeni w więzieniu w Nowym Wiśniczu. Stamtąd dwójkę przetransportowano do budowy obozu w Auschwitz, Janka Librowicza - studenta -wypuszczono. Wrócił do Warszawy, wstąpił do organizacji niepodległościowej, między innymi był kurierem między Warszawą a Lwowem. Zawikłane konspiracyjne drogi zawiodły go do Krakowa, gdzie organizował magazyny broni. Tu został schwytany i osadzony w więzieniu Montelupich. Torturowany nie wydał nikogo. Chory na tyfus i różę zmarł w obozie w Auschwitz, prawem przeznaczenia na rękach Janka Pileckiego.

Inżynier Jan Issaił Pilecki (był Karaimem) zakładał w obozie urządzenia elektryczne i tym samym znał tajniki tych instalacji. Był człowiekiem potrzebnym do funkcjonowania obozu. Pewnie dzięki temu przeżył.

Kiedy spotkaliśmy się po wojnie, dr Lewicki opowiedział mi niezwykłą historię. Inżynier Pilecki postanowił zorganizować ucieczkę żony z obozu z nowo narodzoną córeczką. W tym celu o określonej godzinie wyłączył prąd z umówionego sektora ogrodzenia. W ułamku sekundy z tego kierunku usłyszał serię strzałów. Był pewny, że żona z córką zginęły.

Po wyzwoleniu obozu znalazł się w Londynie. I tam usłyszał w Radiu, że poszukuje go żona. Razem z córką czekała na niego w Katowicach. Wrócił natychmiast.

W kraju ponownie zaangażował się w Polskim Radiu. Nie był to jednak powrót szczęśliwy, otrzymał bowiem polecenie nagrania przemówienia jakiegoś partyjnego dygnitarza podczas wiecu. Do dyspozycji miał sprzęt z demobilu wojsk radzieckich. Stara aparatura zawiodła, nastąpiła awaria. Pileckiego oskarżono o sabotaż i trafił do więzienia. Po odsiadce już nie chciał wrócić do "swojego radia".

Mieszkał z rodziną w Warszawie i tu zmarł.

Trzeci z przyjaciół dr Bolesław Lewicki również przeżył Auschwitz. Po wojnie był rektorem Filmówki w Łodzi.

Okupację niemiecką przetrwałam dzięki założeniu wypożyczalni książek, którą prowadziłam początkowo w mieszkaniu na Zagórnej. Kiedy wyrzucono mnie z "dzielnicy niemieckiej", przeniosłam się z księgozbiorem do Skierniewic. Tam w 1944 roku wyszłam po raz drugi za mąż za inżyniera leśnika Stanisława Wolfa.

Powstanie Warszawskie przeżyłam "na peronie stacji kolejowej" w Skierniewicach. Zatrzymywały się tu na kilka minut towarowe pociągi z wywożonymi przez Niemców warszawiakami. Skierniewiczanie wraz z okoliczną ludnością organizowali pomoc. Na peronie stawialiśmy kosze i skrzynki z chlebem, pomidorami, ogórkami, owocami oraz bezcenną wodą. Podawaliśmy jedzenie głodnym i spragnionym. Rozporządzeniem władz niemieckich kazano nam nosić na rękawach opaski Czerwonego Krzyża. Natychmiast to wykorzystaliśmy, przemycając opaski do wagonów. Umożliwiło to ucieczkę z pociągu kilkunastu osobom. Mam wrażenie, że niektórzy żandarmi niemieccy przymykali oczy na te praktyki.

Nasze skierniewickie mieszkanie było przytuliskiem dla rodziny, przyjaciół, a także nieznanych mi warszawiaków. Przewinęło się przez nie wiele osób, wśród nich Stefan Kisielewski - kolega męża ze szkoły i mój z przedwojennego Radia.

Pamiętam dobrze dzień 16 stycznia 1945 roku. Niezapomniany widok przerażonych żołnierzy niemieckich, którzy pojedynczo, chyłkiem, na chodniku przed naszym domem truchtali pod ścianami w kierunku stacji kolejowej.

17 stycznia 1945 wjechała do miasta Armia Radziecka. Była to prawdopodobnie dywizja syberyjska - skośnoocy żołnierze w długich kożuchach, na maleńkich włochatych konikach. Żołnierze na ciężarówkach i w czołgach wypełnili ulice z okrzykami: "Na Berlin!". Patrzyliśmy na to widowisko jak skamieniali, a Stefan Kisielewski powtarzał: "Najazd Hunów, najazd Hunów!".

Następnego dnia zobaczyłam na rynku skierniewickim Wojsko Polskie! Na brudnych furmankach bez garstki słomy jechali młodzi chłopcy w cienkich mundurach w mroźny styczniowy dzień. Nie przy każdym z nich widać było karabin. Nie wolno im było zatrzymywać się, więc przechodnie, biegnąc, zdejmowali z siebie ciepłe okrycia i podawali naszym żołnierzom.

Wtedy to po raz drugi w czasie tej wojny nie mogłam powstrzymać łez. Pierwszy raz rozpłakałam się, gdy w1939 roku, podczas ataku Niemców na Warszawę, wracałam piechotą z Radia do domu. Na ulicy Książęcej dwaj młodzi polscy żołnierze krzyknęli: "Co pani tu robi? Prosimy natychmiast się schować do bramy, tu trwa ostrzał!". Wśród świstu kul otworzyłam drzwi najbliższej bramy, chcąc wejść do środka. Zrobiłam krok do przodu i stanęłam jak wryta -w bramie leżał stos ciał. Cofnęłam się odruchowo na ulicę. Podświadomie odwróciłam się w stronę ostrzegających mnie żołnierzy, aby potwierdzić konieczność wejścia do bramy. Niestety, obydwaj leżeli nieżywi na środku ulicy. Wróciłam do domu zalana łzami.

Przyjaźń i listy dzieci

Mieszkanie w Skierniewicach powoli pustoszało. Nasi "lokatorzy" porozjeżdżali się w różne strony. Zaczynało się życie w PRL-u. Wiosną 1945 roku przyszła na świat moja jedyna córka Zofia. Dziś jestem prababką trzech prawnuczek i dwóch prawnuków.

W czerwcu 1945 r. mąż zgłosił się do Ministerstwa Leśnictwa i został skierowany do śląskiej Dyrekcji Lasów w Bytomiu. Kolejny adres w życiu. Tam nawiązałam kontakt z katowicką rozgłośnią Polskiego Radia. Tam też spotkałam Janka Pileckiego, który ze łzami w oczach opowiedział mi smutną historię Janka Librowicza. W Bytomiu zaangażowałam do dziecka opiekunkę o imieniu Róża. Była to córka bytomskiego górnika z pobliskiej wioski. Od Róży dowiedziałam się, że w wiosce nie było ani jednego dorosłego mężczyzny, bowiem wszyscy górnicy natychmiast po wkroczeniu wojsk radzieckich zostali wywiezieni do kopalń gdzieś w głąb Rosji.

Po trzech latach w Bytomiu wróciłam z rodziną do Warszawy. W lutym1949 weszłam do budynku Polskiego Radia, tym razem przy ulicy Myśliwieckiej 3/5/7. Szybko poczułam dawną atmosferę Zielnej. W powojennym Radiu pracowałam jako redaktor audycji dla dzieci przez 26 lat aż do emerytury. I do dziś nie wiem, czy niezwykły klimat Radia kształtowali ludzie, których tam spotkałam (notabene nadal z wieloma utrzymujemy kontakty oparte na głębokiej przyjaźni i gotowości wzajemnej pomocy), czy tworzyło go silne poczucie więzi z tysiącami małych słuchaczy. Nasze pokoje redakcyjne były ozdobione rysunkami dzieci, na biurkach i podłogach piętrzyły się stosy listów i albumów - oznak dziecięcej wyobraźni. Wiem tylko jedno: gdyby wówczas zaistniała taka potrzeba, również w Radiu na Myśliwieckiej chwyciłabym szczotkę, aby zamiatać schody.

Rodzinna księga strat

Tak więc historia nieustannie wtrącała się w moje życie. Opowiadając o niej, wiem, że jest to subiektywny wybór faktów, że niektóre z nich zaciera ponad 90-letnia pamięć. Przeżyłam trzy wojny.

Najboleśniej obeszła się ze mną i moją rodziną druga:

Zginął mój pierwszy mąż Jerzy Polkowski.

W Powstaniu Warszawskim życie stracili: mój cioteczny brat Stanisław Starost, ciotka Janina Smoleńska i dwie jej córki - Jadwiga Jankielewiczowa i Halina Polkowska wraz z mężem Januszem.

W Katyniu zginął mąż mojej ciotecznej siostry Zygmunt Jankielewicz.

Przez pięć lat nie wiedziałam nic o losach brata Zygmunta Cholewińskiego, który przez Węgry i Jugosławię dostał się do Francji i wstąpił do armii gen. Maczka, a potem ewakuował się do Anglii.

Przez blisko pięć lat mój ojczym był więźniem obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen.

W obronie Warszawy poległ mój przyjaciel Witold Domański.

Zbyt długa byłaby lista wszystkich bliskich mi osób, które zginęły w Auschwitz, w Katyniu, na Syberii, w Powstaniu Warszawskim i w oddziałach partyzanckich.

Ich losy to właśnie historia - i moja, i rodzinna, i polska.

Warszawa, listopad 2007


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jarymi




Dołączył: 21 Sty 2010
Posty: 19
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Ostrów Wlkp
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 13:14, 24 Kwi 2010    Temat postu:

Kontynuując tę historię, chciałbym dodać, że wymieniony w tym artykule
Zygmunt Jankielewicz, który zginął w Katyniu był synem mojego stryjecznego dziadka Zygmunta i jego żony Wandy z domu Siewierskiej. Kilka informacji do których udało mi się dotrzeć:
JANKIELEWICZ ZYGMUNT MIECZYSŁAW
ppor.rez.obs.ur.27.III.1909 r. s.Zygmunta i Wandy. Przed wybuchem wojny zamieszkały w Kaliszu, zmobilizowany w sierpniu 1939 r. do 1 pl w Warszawie, otrzymał przydział do 2 eskadry zapasowej Bazy nr 1. Wraz z personelem Bazy ewakuował się w kierunku Rumunii i pod Darachowem dostał się do niewoli radzieckiej.. Osadzony w obozie w Kozielsku, w kwietniu 1940 r. wywieziony został transportem do lasku katyńskiego i tam zamordowany przez NKWD. Nie zidentyfikowany w masowych grobach.
miejsce pochówku: Katyń
numer listy NKWD: 029/5
pozycja na liście NKWD: 68
data z listy NKWD: 1940-04-13


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Jarymi dnia Sob 13:28, 24 Kwi 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jarymi




Dołączył: 21 Sty 2010
Posty: 19
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/7
Skąd: Ostrów Wlkp
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 0:55, 18 Wrz 2011    Temat postu:

Ze smutkiem zawiadamiam,,ze 26.08.2011 r. zmarła Autorka tego artykułu Pani Anna Wolf, zgodnie z Jej wola została pochowana na cmentarzu rodzinnym w Jazgarzewie kolo Piaseczna.

Już nic nam nie opowie


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Jarymi dnia Nie 0:56, 18 Wrz 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Wojenne tajemnice - WARSZAWA i OKOLICE Strona Główna -> Artykuły warte (lub nie) przeczytania. Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin